Twoje kompendium wiedzy na temat terapii dożylnej witaminą C

Wlewy  z witaminy C mają w leczeniu nowotworów długą historię. Wielu naukowców wykazało, że duże dawki witaminy C podawanej dożylnie mają zabójcze działanie dla komórek nowotworowych.

Już w latach 50. XX wieku kanadyjski lekarz dr William J. McCormick zauważył, że pacjenci chorzy na nowotwory mają bardzo niskie stężenie witaminy C, a po jej podaniu czują się lepiej. 

Z dużymi dawkami witaminy C podawanymi dożylnie zaczął też eksperymentować amerykański biolog i lekarz Frederick R. Klenner. Później, opierając się na swojej praktyce, opracował różne kuracje oparte na kombinacji podawanych doustnie i dożylnie ogromnych dawek kwasu askorbinowego, które z sukcesami stosował do leczenia konkretnych chorób. Z korzystnymi efektami leczył. m.in. wirusowe zapalenie wątroby (podawał im dożylnie  135-270 g, a jednocześnie doustnie - 45-180 g witaminy C w ciągu doby).

Jednym z prekursorów stosowania dożylnie witaminy C u pacjentów chorych na nowotwory był Linus Pauling – dwukrotny laureat Nagrody Nobla. W swojej książce wydanej w 1979 roku „Vitamin C and cancer” stwierdził, że witamina C  może być skutecznym lekiem w walce z rakiem. Opisał w niej badania przeprowadzone przez swojego współpracownika dr Ewana Camerona. Cameron stu pacjentom z nowotworami w stadium terminalnym podawał w  kroplówce 10000 mg (10 g) witaminy C. Po roku żyło 22 proc. osób, gdy wśród tych, którzy nie otrzymywali witaminy C, odsetek przeżycia wynosił  zaledwie 0,4 proc. 

Oprócz kroplówek  Cameron podawał jednocześnie  pacjentom witaminę C doustnie w dawkach tuż przed osiągnięciem przez nich „progu biegunkowego”. Chodziło bowiem o utrzymanie stale bardzo wysokiego stężenia witaminy C, bo tylko wtedy tworzą się warunki do unicestwienia komórek nowotworowych. Witamina C przy bardzo wysokich stężeniach zmienia się z antyutleniacza w utleniacz i prowokuje wytwarzanie  w komórkach nadtlenku wodoru H2O2. Ten zaś nie robi krzywdy komórkom zdrowym, bo są one wyposażone w ochronny enzym zwany katalazą. Komórki nowotworowe mają 10-100 razy mniejszą ilością katalazy, przez co kontakt z nadtlenkiem wodoru oznacza dla nich na śmierć. Po wykonaniu „zadania” H2O2 zmienia się w H2O, czyli wodę. Cameron zauważył, że jedyną niedogodnością takiego leczenia nowotworów mogą być przejściowe obrzęki. Są one następstwem przyjęcia nadmiernej ilości sodu pochodzącego z askorbinianu sodu użytego do przygotowania roztworu. Bardzo rzadko, przy nowotworach anaplastycznych, agresywnych lub mocno rozrośniętych, może nastąpić zbyt szybki rozpad guzów, który prowadzi do zatrucia organizmu. W takim wypadku wlew musi zostać przerwany. Innych skutków ubocznych nie zauważył.  

O witaminie C zaczęło być coraz głośniej, co stało się solą w oku innych lekarzy. Aby  umniejszyć jej wartość, w klinice Mayo w latach 70. i 80. XX wieku przeprowadzono badania „sprawdzające”, nie trzymając się jednak zaleceń Camerona i Paulinga. Chorym podawano witaminę C jedynie doustnie. Nic więc dziwnego, że wyniki nie potwierdziły skuteczności witaminy C, co na szczęście nie zniechęciło innych naukowców do dalszych badań. Jednym z nich był dr Hugh D. Riordan.

Z praktyki klinicznej podczas długoletniej pracy z pacjentami wyciągnął wniosek, że witamina C w odpowiednio dużych dawkach jest w stanie zahamować przerzuty. Jest też niezbędna w tworzeniu kolagenu, który wzmacnia tkanki zdrowe. Odkrył również przeciwbólowe działanie witaminy C – pacjenci, którym podawał duże jej dawki, nie skarżyli się na bóle. 

Dr Hugh D. Riordan wykazał również, że witamina C w dużych dawkach farmakologicznych jest cytotoksyczna, czyli zabójcza dla komórek, ale tylko tych chorych. Zdrowych nie rusza. Ustalił, że ten cytotoksyczny poziom witaminy C we krwi oznacza stężenie wynoszące minimum 400 mg/dL. Terapię zawsze zaczynał od małych dawek, aby nie powodować zbyt szybkiego rozpadu guzów (wówczas mogą pojawić się w krwiobiegu duże ilości toksyn i antygenów). 

Dawki korygował tak, aby we krwi pacjenta zawsze znajdowało się ok.400 mg/dL lub więcej witaminy C. Aby tak było, jednocześnie stosował wlewy i podawał witaminę C doustnie. Często pacjenci dostawali również inne substancje odżywcze. Ich listę dr Riordan  sporządzał indywidualnie dla każdego pacjenta, uważając, że potrzeby każdego organizmu są inne. Dlatego jedni pacjenci razem z witaminą C dostawali np. koenzym Q10, beta-karoten, witaminy z grupy B, witaminę E, witaminę D, witaminę A, a inni np. selen, chrom, magnez, olej lniany, ekstrakty roślinne, kwas alfa-liponowy, N-acetylocysteinę, a czasem również leki przeciwpasożytnicze.
Ogromnym sukcesem było zatrzymanie rozwoju choroby, ale też wzmocnienie chorego. 

Szukasz pomocy?
Tylko u nas znajdziesz wiele porad oraz
przydatnych informacji na temat terapii!